Bośnia i Hercegowina Yugopis

OBIEKT D-0 ISTANBUL, czyli turystyczna bomba BiH

By on April 16, 2019

ZBŁĄKANI WĘDROWCY, czyli nie chodźcie nocą po lesie!

Ciemna noc. Gęsty, górski las w środkowej Bośni, gdzieś w okolicach miasta Konjic. Dwójka śmiałków eksploruje okolicę w celu znalezienia cennych artefaktów – ponoć niegdyś stacjonowała tu jugosłowiańska armia, więc szanse na to wydają się całkiem spore. W powietrzu unosi się charakterystyczny zapach podmokłego od niespełna dwugodzinnej ulewy lasu. Nadszarpnięta czasem podeszwa ześlizguje się po krawędzi jednego z głazów, a dłoń szukając oparcia uderza o płaski, zmechacony głaz, wydając przy tym głuchy pogłos. Zapada cisza. Dwie pary oczu natychmiast zbiegają się ze sobą, by po chwili bardzo niepewnym ruchem skierować się w kierunku wspomnianego głazu. Ręce energicznie odgarniają podmokłe liście i zeskrobują grubą warstwę mchu. Światła czołówek odbijają się od wielkich płatów blachy zwieńczonych zardzewiałym uchwytem. Odrzucona z impetem właz świsnął tylko nad głowami wędrowców, strącając z siebie resztki podmokłych elementów leśnego ekosystemu. Wydaje przy tym huk na tyle doniosły, że drapieżny ptak przygotowujący się do polowania na gałęzi pobliskiego drzewa, postanawia szybko zmienić miejsce obserwacji gryzoni. Zapewne także większość myszopodobnych mieszkańców lasu zrozumiała, że lepiej nie pokazywać się w tej okolicy.

Cienkie wiązki lumenów giną w ciemnej otchłani, zahaczając jedynie o 3 pierwsze, betonowe stopnie. W tej sytuacji los jest aż nadto sugestywny, a szybsze kołatanie dwóch spragnionych wrażeń serc nie pozostawia wyboru: pora ruszać w dół. Witaj przygodo, będzie, co ma być. Ruszają wąskim, stromym tunelem, mając przed sobą jedynie kolejne betonowe stopnie, ściany porośnięte gęstym mchem i coraz gęstszy odór stęchlizny. Po jakimś czasie stroma ścieżka staje się coraz bardziej płaska, a podnoszonej z wolna szyi ukazuje się ogromny, pancerny właz. Zero klamek, uchwytów, poręczy – nic. Ściana betonu na wprost. 200 metrów stromo wznoszących się schodów z tyłu. Do tego wyczerpujące się baterie w latarkach, przenikający chłód i coraz większy strach. Próbować wejść do środka czy wracać bezpiecznie do domu?

Chwilę ciszy i zastanowienia przerywa stłumiony odgłos przekładanej dźwigni oraz następujący po nim charakterystyczny klekot sejfowego koła. Długo niewidziane, jasne światło oślepia wędrowców, którzy natychmiast cofają się o kilka metrów za sprawą wycelowanych w ich skroń karabinowych luf. Zdążą tylko zauważyć wojskowe mundury z połyskującą na berecie czerwoną gwiazdą. Później nie zobaczą już nic. W ich pamięci pozostanie jedynie zimny dotyk wrastającej w potylicę, karabinowej lufy, przenikliwy zapach oleju napędowego i ogłuszający huk maszyn.

Zakneblowani, z czarnymi opaskami na oczach i spętanymi sznurem nadgarstkami prowadzeni są przed siebie. Kilkuminutowy marsz w rytmie coraz mocniej bijącego serca kończy się silnym powiewem świeżego powietrza i odgłosem przeładowywanych ciężarówek. Po chwili wsiadają do furgonetki, która szybko oddala się w nieznanym im kierunku, aby po pokonaniu półgodzinnej trasy wypchnąć nieszczęśników do przydrożnego rowu.

Niezrozumiałe i niewytłumaczalne zjawiska ostatniej nocy starają się wyprzeć z pamięci i nigdy już o nich nie rozmawiać. Wiedzę o tym, co wydarzyło się w bośniackim lesie zabiorą ze sobą do grobu, mając nadzieję doczekać wieku starczego. Widmo karabinu wycelowanego w głowę wlec się będzie za nimi przez całe życie.  Abstrakcja? Nie. Zapraszamy do obiektu D-0 Istanbul, czyli do prawdopodobnie najpilniej strzeżonego projektu wojskowego byłej Jugosławii.

O CO CHODZI Z TYM BUNKREM

Zbudowane na rozkaz jugosłowiańskiego przywódcy przeciwatomowe monstrum było prawdopodobnie najpilniej strzeżonym projektem wojskowym Jugosławii. Budowa rozpoczęła się w marcu 1953 roku i została ukończona w roku 1979. Zwykły piętrowy dom wkomponowany w ścianę, na Bałkanach nic wielkiego. Zdradzać tajemnicę może jedynie pilnie strzeżona strefa wojskowa, przez którą nie da się przejść niezauważonym. Sam kompleks zbudowany jest na planie podkowy i mieści w sobie wszystko co potrzebne tego typu miejscom (tak myślę): biura, sale konferencyjne, kuchnie, potężne agregaty, ujęcie wody pitnej, miejsca dla załogi i oczywiście prywatne apartamenty samego Wujka. A właśnie – ponoć sam Tito nigdy nie wizytował tego miejsca. No dobra, ale tego wszystkiego dowiecie się na miejscu.

JAK TO MOZLIWE, ZE NIKT O TYM NIE WIEDZIAŁ

Sam zadałem to pytanie osobie, która oprowadzała mnie po bunkrze. Sprawa wygląda następująco. Po pierwsze, każda osoba, która pracowała przy budowie obiektu miała zawiązane oczy podczas transportu na plac budowy niekiedy już 2 godziny przed miejscem docelowym. Po drugie: kilka kilometrów drogi wzdłuż wąwozu znajdowała się fabryka amunicji – zatem co w tym dziwnego, że co jakiś czas tę trasę przemierzają uzbrojone furgonetki? Generalnie nic. No może poza tym, że były wypełnione po brzegi tynkarzami, blacharzami, cieślami, hydraulikami… na co w fabryce amunicji taki zaciąg cieśli i hydraulików?! I tak pewnie lepiej było nie pytać.

Budowa ARK D-0 była kosztowna nie tylko pod względem finansowym. Oprócz niespełna 5 miliardów dolarów zainwestowanych w budowę, wiele osób niestety nie przeżyło. Jak twierdzą niektórzy, każda zmiana kończyła się pożegnaniem jednego z kolegów.

Ponoć ARK D-0 istnieje dzisiaj tylko dzięki jednemu z bośniackich strażników, który odmówił wykonania rozkazu swojego dowództwa w Belgradzie. Nakazano mu wówczas wysadzić/pogrzebać/zaorać cały projekt. Nie zrobił tego i wielkie mu za to dzięki! Obiekt jest nadal w takim samym stanie, jak w epoce jugosłowiańskiej, a wyposażenie pozostało całkowicie nienaruszone.

DLACZEGO WARTO

Bunkier w Konjicu jest autentyczną kapsułą czasu. Poza niesamowitymi artefaktami z minionej epoki zobaczycie tam także zbiór wielu instalacji artystycznych, mający na celu unaocznienie Wam przekazu, historii i sensu istnienia tego miejsca. Pamiętajcie: trasa Sarajewo – Konjic jest atrakcyjna nie tylko ze względu na fenomenalny kanion rzeki Neretwy. Po drodze macie Konijc i obiekt D-0. Warto!

Author: Grzesiek Brzeziński

Niegdyś pilot wycieczek i przewodnik, ale już niezbyt dobrze pamięta te czasy. Nie zmienia to jednak faktu, że każdy urlop/długi weekend rozpoczyna od przekroczenia granicy Horgos-Roszke. Zafascynowany opuszczonymi miejscami we wszystkich yugo-krainach, a także tamtejszą kuchnią i muzyką.
Please follow and like us:
TAG
RELATED POSTS