Bośnia i Hercegowina Yugopis

Lukomir City, czyli historia pewnej wyprawy

By on January 31, 2019

Stało się.

Po kilku latach stało się. Z jakiś nieznanych Ci do dziś przyczyn, letnie wakacje w formie „Autostradą do Chorwacji, tydzień na plaży, jednodniowa wycieczka do Dubrownika lub Splitu, powrót do Polski” przestały być dla Ciebie interesujące. Czujesz, że błogie wylegiwanie na słońcu i nurkowanie w krystalicznie czystej wodzie – mimo zapewnień większości katalogów biur podróży – nie satysfakcjonuje Cię w pełni. Przez ostatnie 5 lat rodzinnych wojaży zdążyłeś poznać już praktycznie każdy metr kwadratowy Riwiery Makarskiej,  wszystkie nadmorskie miasteczka wydają ci się niemal identyczne, wyspy Hvar, Brač i Korčula jakoś straciły na swoim uroku i nawet Karlovačko już nie smakuje tak, jak kiedyś.

Po tych kilku latach czujesz, że przyszedł czas na coś innego. Potrzebujesz zmiany. Z jednej strony chcesz zrobić coś niepowtarzalnego, zostać bohaterem swojej świadomości i poznać nieco inny świat takim, jakim jest naprawdę. Z drugiej strony jednak podobają Ci się Bałkany, czujesz ten klimat, lubisz tam przebywać, jeść, pić, spać, słuchać muzyki. Wiele nie trzeba było, żeby znaleźć złoty środek. Jest miejsce, równie bałkańskie jak Chorwacja, a jednak zegar postępu jakby tam nieco zwolnił. Jest kraj, gdzie język ten sam, góry równie piękne, a i kolor morza mieści się w dopuszczalnej skali błękitu (niewiele tego wybrzeża jest, ale zawsze coś). Dlatego nieśmiało, aczkolwiek z lekkim uśmiechem satysfakcji mamrotasz pod nosem: „Jadę do Bośni i Hercegowiny”.

Zaszczepiony w głowie pomysł w pierwszej chwili stanowczo wypierasz i negujesz, później spokojnie analizujesz, a finalnie akceptujesz i zaczynasz realizować. Pakujesz znajomych do samochodu i ruszacie w trasę, aby po około 20 godzinach podróży dotrzeć do Sarajewa, które obrałeś jako bazę wypadową. Słuszny wybór, nocując w stolicy Bośni masz bardzo dużo opcji spędzania czasu do wyboru – zarówno w samym mieście jest co robić, ale też w którą stronę świata nie spojrzysz, tam znajdziesz pomysł na fajną wycieczkę. Nie próżnujecie: zobaczyliście na własne oczy stary most w Mostarze, odwiedziliście zachwalany w przewodniku wodospad w Jajce, waszej uwadze nie umknęły także zrujnowane obiekty olimpijskie znajdujące się na okalających Sarajewo wzgórzach. Znacie już dobrze adresy najlepszych sarajewskich pekar oraz ćevabdžinic, niejeden čokančić rakiji wypiliście, zachód słońca na Žutej Tabiji zaliczony podobnie jak kawa na Vidikovacu.

„Nie taka ta Bośnia straszna – myślisz. Asfalt znają, wszędzie samochodem dojechać się da, warunki w hostelu bardzo fajne, ludzie pomocni, jedzenie dobre, Internet da się złapać, do mamy sms’a posłałem bez problemu… Elegancko.”

Powoli planujecie powrót, natomiast spokoju nie daje Ci jednak jedna lokalizacja, którą poleciła Ci recepcjonistka z hostelu – Lukomir. Że niby najwyżej położona wioska w Bośni, że niby malownicza, podobno da się tam dojechać samochodem i na dodatek znajduje się całkiem niedaleko Sarajewa. Ulokowana jest na prawie 1500 m. n.p.m., niezwykle urokliwa, zamieszkana tylko przez tę „cieplejszą” porę roku, no i podobno pełno tam zapierających dech w piersiach widoków. Do odwiedzenia tej lokacji nie przekona Cię żadne piękne zdjęcie, żaden filmik nakręcony dronem, żaden blondyn wystawiający kciuk przez szybę nowego kampera na holenderskich blachach – przekonały Cię za to roześmiane oczy ciemnowłosej bośniaczki, opowiadającej o tym magicznym ponoć miejscu. Rozochocony poprzednimi, jakże udanymi bośniackimi wojażami, decydujesz przedłużyć urlop o jeden dzień i zobaczyć osławioną, górską osadę. To w końcu wakacje życia, prawda? Kto nie ryzykuje, ten nie pije rakiji. Czy jakoś tak.

Pora na przygodę

Ruszacie. O ile do samej Bjelašnicy bez większego problemu można się dostać asfaltową drogą o całkiem niezłej nawierzchni, o tyle w tym miejscu kończą się przyjemności. Jesteś bowiem zmuszony wjechać na niby to utwardzoną, aczkolwiek jednak mocno szutrową drogę. I nie wiesz jeszcze najważniejszego: w ten sposób będziesz musiał pokonać… 20 kilometrów. Dwadzieścia. W jedną stronę. Łącznie 40.  (Migawka 1: „A podjazd na Sv.Jure w Chorwacji też miał około 20km, a wyżej się wjeżdżało no i asfaltu nie zabrakło!”).

Dojazd do głównej atrakcji turystycznej wiedzie krętą, nieoznakowaną, kamienistą drogą. Masakra. Na dodatek rzekome piękne widoki, które nam obiecano niemal w całości zasłonięte są przez otaczające nas z każdej strony przez góry. Tak naprawdę można dostrzec jedynie wijącą się cienką, białą nić, która znikając za kolejnymi wzgórzami przypomina tylko, jak długo trwać będą męczarnie zarówno samochodu jak i pasażerów. Widoków jak nie było, tak nie ma. Dramat. Po prostu dramat. (Migawka 2:A w Chorwacji to od Zadaru do Dubrownika cały czas widać morze i góry niczego nie zasłaniają!”).

Po około godzinie drogi, 67 zakrętach, 20 startach „z jedynki”, 12 nieoznakowanych rozwidleniach, 9 przepuszczonych przez drogę stadach zwierząt i 5 klaksonowych pozdrowieniach od „lokalsów” dojeżdżacie na miejsce. Zatrzymujecie samochód w centrum wioski, zaraz przy źródełku. Czujecie się trochę tak, jakbyście przez godzinę siedzieli na wirującej pralce, a czaszka w tym czasie uderzała o betonowy sufit. Przynajmniej wyjaśniło się, dlaczego GPS wyliczył 20-kilometrową trasę na ponad 1h drogi. Pora skonfrontować obraz Lukomiru z wyobrażeniem negatywnie kreowanym przez ostatnie 60 minut.

Waszym oczom ukazuje się pejzaż pełen kamiennych domków pokrytych drewnianym dachem z nieśmiało majaczącą domieszką blachy. Co ciekawe, gdzieniegdzie dadzą się zauważyć nawet przydomowe ogródki, w ocenie większości całkiem zadbane. Przy jednym z nich ktoś zauważył nawet coś na kształt mini kołowrotka nawadniającego plantację. Potrzeba matką wynalazku, czyż nie?

Na polance obok w pełnym słońcu wygrzewa się bury pies pasterski. Od niechcenia skierował w Waszym kierunku rozleniwiony do granic możliwości wzrok, ale tylko dlatego, że migawka w jednej z lustrzanek wydała delikatnie zbyt głośny trzask.

Zastanawiająca wydaje się być jeszcze jedna obserwacja. W czasie krótkiego spaceru spotykacie samych serdecznie uśmiechających się ludzi. Ktoś po pomacha, ktoś zaprasza na małe conieco do kafany, innym razem ktoś dopytuje o kraj z którego przybyliście. A wszystko z uśmiechem, zawsze na wesoło. Do dziś nie wiecie, z czego oni tak się w tym Lukomirze cieszą, skoro tam nic nie ma. Dochodzicie do wniosku, że najwyraźniej w pewnych miejscach apogeum szczęścia jest udane pokonanie trasy źródełko – korytko – kuchnia – stodoła. Uśmiech co prawda odwzajemniacie, aczkolwiek wplatacie tam lekki grymas niezrozumienia podobny do tego jaki miałoby dziecko, które na swoje dziesiąte urodziny otrzymało wymarzoną złotą rybkę w kulistym akwarium, z tym, że bez wody.

Końcowym punktem wyprawy jest podejście na punkt widokowy górujący nad osadą. Eureka, w końcu jakieś ciekawe widoki. Macie wrażenie, że teraz obejmujecie wzrokiem wszystko: całą wioskę, całe góry, całą Bośnię, CAŁY ŚWIAT. Ktoś z towarzystwa pokusił się nawet o stwierdzenie, że jest tu pięknie. No dobra, niech mu będzie – JEST TU PIĘKNIE. Wszystkie negatywne emocje, każdy zły humor, gburowaty nastrój, malkontenctwo i niezadowolona mina poniesie sromotną klęskę w starciu z niesamowicie (serio!) podniosłą chwilą jaką jest moment przebywania na vidikovacu nad Lukomirem. Całości dopełnia 20-minutowe delektowanie się smakiem zimnego Sarajevsko tamno. Wystarczy położyć się na trawie, rozluźnić ciało, nasunąć na oczy czapkę z daszkiem i od razu jakoś tak się lepiej na duszy robi. Jak niewiele trzeba, prawda?

„Dobra, zbieramy się” – rzucił jeden z niezawodnych znajomych i czar prysł. Pierwszy raz od momentu wyjazdu z Sarajewa masz ochotę dać komuś “w łeb” za to, że chce zabrać Cię z tego miejsca. Co My będziemy niby robić w tym mieście? Podepniemy się do pierwszego lepszego Wi-Fi i zalogujemy do alternatywnej rzeczywistości, która zawsze i wszędzie jest taka sama? Zamówimy w City Pubie kilka piw, do tego pewnie trochę rakiji, i zagryzając burkiem rozmyślać będziemy, gdzie dzisiaj zjemy ćevapi?

Czas płynie szybko, a myśl o ćevapach skłoniła Was jednak do podniesienia się z najwygodniejszej łąki świata. Pogodzeni z tym, co nieuniknione zbieracie się. Pozbywacie się z ubrań resztki cudownej “dziczy”, w którą ktoś na szczęście kazał Wam dziś przyjechać. Ty sam bierzesz głęboki wdech, odwracasz się i… z nieznaną sobie wcześniej satysfakcją stwierdzasz, że jeszcze przed Wami 20 kilometrów szutrowej, przepięknie położonej drogi.

Pozdrav,

G.

Author: Grzesiek Brzeziński

Niegdyś pilot wycieczek i przewodnik, ale już niezbyt dobrze pamięta te czasy. Nie zmienia to jednak faktu, że każdy urlop/długi weekend rozpoczyna od przekroczenia granicy Horgos-Roszke. Zafascynowany opuszczonymi miejscami we wszystkich yugo-krainach, a także tamtejszą kuchnią i muzyką.

Please follow and like us:
TAG
RELATED POSTS

LEAVE A COMMENT